sobota, 9 listopada 2019

Gosposia – Rozdział 51

— Droga bratowo… jeszcze trochę, a zmienię zawód. Jak tak przeliczyłem, ile mi się należy za pracę na kilku stanowiskach, to się waham. — Kankuro nalał sake do pustego już kieliszka. 
— I tak na razie nie ma dla ciebie misji — zauważył Gaara, uśmiechając się półgębkiem. — Podpisz nielegalnie drugą umowę i zbieraj profity.
— Strażnik prawa proponuje mi złamanie go. Coś musi być na rzeczy.
— Przyznaj, że to możliwość obcowania z moimi pracownicami daje ci podstawy do wahania. — Sayuri nie oszczędzała go, odkąd z daleka dostrzegła jedną z ekspedientek, wybiegającą z jego sypialni. — A mi spędza to sen z powiek, że któraś zwolni się przez ciebie.
— Daj spokój. Żadnej nie obiecywałem niczego, czego nie otrzymała. Jestem uczciwy i chyba nie masz co narzekać, bo jak widzisz nikt się nie zwolnił, a ze mną normalnie rozmawia. — Przechylił kieliszek z sake i przez krótką chwilę mierzył ich uważnym spojrzeniem. — Muszę wam chyba coś zdradzić, ale… bogowie… nigdy nie słyszałem takiej głupoty.
— Co takiego?
— Domyślam się, że ołtarzyki już macie. — Kankuro parsknął śmiechem na widok miny Sayuri. — Ale dzisiaj usłyszałem legendę, jaka narosła wokół was.
— Legendę? — powtórzył Gaara. — My przecież… jeszcze… żyjemy. Nie słyszałem o legendach o żyjących.
— Tak? — Kankuro wyraźnie walczył o zachowanie powagi. — To słuchaj tego. Byłem wczoraj w barze i doszły mnie słuchy, że onegdaj byłeś okropnym demonem, który spotkał na swojej drodze boginię dobroci i miłosierdzia, zostałeś jej mężem i teraz twoje skłonności zostały zmienione na dobre uczynki, a za sprawą bogini dobroci, sam stałeś się bogiem sprawiedliwości.
Sayuri wypluła sake i zaczęła się krztusić na kolanach Gaary, który dopiero po chwili to zauważył, bo nadal wpatrywał się rozszerzonymi oczami na brata, ale w końcu zainterweniował.
— Ja też się pojawiłem — przyznał skromnie Kankuro, kiedy Sayuri zaczęła normalnie oddychać. — Jestem bogiem płodności i fortuny.
Kilka sekund trwała niczym niezmącona cisza. Kankuro zaczął cicho chichotać na widok ich min, a po chwili w trójkę ryknęli śmiechem.
— Ż-żartujesz — wykrztusił Gaara.
— Wierz mi… musiałem wybiec z tego baru, bo jeszcze by mnie rozpoznali. — Kankuro ocierał łzy śmiechu. — Zazwyczaj z twarzy nikt mnie nie rozpoznawał na pierwszy rzut oka, to imię większość kojarzy, a ostatnio… Nigdy nie miałem problemu ze znalezieniem towarzyszek, ale teraz same pchają mi się do łóżka. Nie rozumiałem tego, ale skoro jestem bogiem fortuny… — Puścił do nich oczko. — A Temari będzie boginią wszelkich nieszczęść, jeśli tylko pojawi się w Sunie, a nie zostanie z tym swoim nudziarzem w Konoha.
— Nie doglądam jej tak często, jak powinnam — wyznała Sayuri.
— Bogowie... — Gaara pokręcił głową. — Tym też się będziesz zamartwiać. — Przytulił ją i oparł czoło o jej ramię. — Błagam, powiedz mi, że jesteś zbyt mądra, żeby martwić się o Temari.
— Jestem zbyt mądra, żeby martwić się o Temari — sparodiowała jego ton.
— Taka mądra, a taka niedomyślna.
Krótką chwilę patrzyli sobie w oczy, jakby otaczająca ich rzeczywistość nie istniała. Istniała oczywiście i przypomniała im o sobie dość szybko.
— Zastanawiałeś się kiedyś, który z nas przespał się większą ilość razy w ciągu całego życia? — Kankuro obserwował ich ze zmarszczonym czołem.
— Ty, ja nie sypiam — odparł Gaara.
— Wiesz o czym mówię. — Kankuro przewrócił oczami. — Ile przeciętnie dziennie...
— Kankuro — przerwała mu Sayuri. — Jeżeli w tej rodzinie istnieją jakieś granice, kiedy nie wchodzimy sobie z butami do życia, to jest właśnie ta. Bogowie... — jęknęła. — My jesteśmy dysfunkcyjną rodziną.
Bracia spojrzeli na nią z politowaniem.
— Ale zastanawialiście się nad tym? Ja zawsze wiem, gdzie jesteście, Gaara w każdej chwili może wszystko sprawdzić, Kankuro na podstawie przesłanek wszystko wywnioskować, a Temari siłą wymusić wyznania.
— Brak sekretów też jest dobry. — Kankuro chwycił do rąk pusty kieliszek i zaczął obracać go w dłoniach. — Dzięki temu jesteście pierwszą dwójką osób, której ufam w pełni. Dlatego też wiem, że Sayuri ma coś na sumieniu.
— Ja?
— A ty, ty… Wierzę, że nie pamiętasz, a ja zapomniałem o to spytać. Kiedy Temari ruszała do Konohy, zdradziła ci jakiś sekret, ale nie wiem jaki.
— Nie powiedziała... — Zawahała się, ale zaraz przypomniała sobie. Nie było sensu pytać, jakim cudem się domyślił. — Jak mogłam zapomnieć? Wiecie, że Temari otrzymała propozycję małżeństwa?
— Żartujesz. — Kankuro wypuścił z rąk kieliszek. Na szczęście opadł na stół i nie stłukł się. — Ten cały Shika jest tak szalony?
— Padniesz, jak usłyszysz w jaki sposób to zrobił. Nie było oficjalnego pytania, kwiatów, czy pierścionków...
— To jak?
— Oznajmił jej, że jeśli chce mieć męża, to będzie czekał i w każdej chwili może przyjść.
Kankuro czekał na ciąg dalszy, ale zrozumiał, że to koniec.
— Nie... — Parsknął śmiechem. — Nie zrobił tego...
— Zrobił. Nie chcę nawet wiedzieć, jak wyglądał po tym, ale Temari utrzymuje, że Shika jeszcze żyje.
— On jej nie zna, czy lubi adrenalinę?
Sayuri uśmiechnęła się pod nosem. Naprawdę chciałaby zobaczyć tę scenę.
— Chyba po prostu ma taki charakter. Dla niego uniesienie nogi jest wielkim wysiłkiem, to myślisz, że chciałoby mu się klękać? Po prostu... zapewne uznał, że skoro sypiają ze sobą, podoba mu się, to czemu nie sformalizować tego związku. Ale on nie lubi podejmować decyzji, lubi za to dawać propozycje, by ludzie czuli się usatysfakcjonowani i sami wybierali. Dopóki nie zobaczę, jak się zachowują, moja powierzchowna ocena jest taka, że jemu jest wszystko jedno, ale też, że Temari go pociąga.
— Jak ładnie powiedziałaś, powierzchowna.
— No bo... inna rzecz nie daje mi spokoju. — Westchnęła cicho. — Jak miałam przyjechać tutaj, musiałam się czegoś o was dowiedzieć. Shikamaru znał was najdłużej i choć słabo, najlepiej.
Kankuro uniósł brwi.
— Nie znał nas.
— Słuchaj, nie przerywaj. Wiadomo, że szłam do niego zdobyć trochę inne informacje, ale jakiś wstęp musiał być. Zaczęłam droczyć się z nim, że zapewne wzdycha do tej swojej piękności, że tęskni... coś takiego. A on się zarumienił. Normalnie mogłabym to zrzucić na karb roztrzepania, pijaństwa, a nawet niepoczytalności, ale Shikamaru nigdy nie reaguje żywo. Jestem bardziej niż pewna, że jego serce bije wolniej, a krew nie zdąży wylecieć, a już rana się zasklepia. Z perspektywy czasu nie wygląda mi to tylko na pociąg.
— Co o nas mówił? — Kankuro zerknął na Gaarę ze złośliwym uśmiechem.
— To on mi przypomniał waszą ksywkę Przerażające Rodzeństwo.
— A...
Kankuro wyraźnie miał ochotę kontynuować swoje przesłuchanie, ale przeszkodził w tym shinobi zbiegający ze schodów.
Na ostatnim schodku mężczyzna zamarł, patrząc na nich.
Piękny obrazek. Butelki sake walające się po kuchni, żona Kazekage na kolanach Szanownego, a Kankuro rozwalony przy stole z nogami na nim. Cholernie reprezentatywny widok najbardziej szlachetnej i możnej rodziny.
Gaara przytrzymał Sayuri, która chciała się wymknąć.
— Kazekage-sama, Sayrui...
— Mów, z czym przychodzisz — przerwał mu Kankuro.
— Są tu Kira i Enzo... z gośćmi.
To było tak enigmatyczne, a wyraz jego twarzy dziwny, że... to chyba nic dziwnego uznawać to za podejrzane, prawda?
— Ilu ich jest? — spytał przytomnie Kankuro.
— Około piętnastu, Kankuro-sama.
— Piętnastu?
O cholera. Cały Ruch przyprowadzili?
— Wprowadź ich — rzekł Gaara.
Shinobi z kamienną twarzą skinął głową, a Sayuri szybko zgarnęła puste butelki i z cichym brzdękiem wrzuciła je do szafek. Na stole została tylko ta pełna.
— Mamy w ogóle tyle kieliszków? — spytał Kankuro ze strapioną miną.
— Coś się znajdzie. — Sayuri zerknęła do szafki. — A ci żyć już chyba bez nas nie mogą.
Nie zdążyli nic więcej dodać, bo dotarły do nich dziwne dźwięki... Kroki, ale zdecydowanie nie...
Kira i Enzo weszli do kuchni, a za nimi roześmiane, zachwycone dzieciaczki, takie w wieku do sześciu lat.
Gaara drgnął i zamrugał kilka razy, Kankuro zamarł z kieliszkiem w ręku, a Sayuri uśmiechnęła się promiennie.
— Sayuri-sama, Kazekage-sama, Kankuro-sama.
Kira i Enzo pokłonili się przed nimi. Dzieci zrobiły to samo z poważnymi minami.
— Nasze dzieci są równie urocze, co kreatywne i jak tylko rodzice kupili im zabawki, chciały się odwdzięczyć. No szkraby, dawajcie te swoje prezenty.
Bramy piekielne zostały uchylone, małe demony rozochocone i zaczęło się. Piski, urocze śmiechy, przepychanie się i spojrzenia skierowane na nich z całą dziecięcą radością i niewinnością.
W końcu zrozumieli. Mieli wciskane w ręce prezenty zrobione z towarów, które kupili im ich rodzice za swoje pierwsze wypłaty. A było tego całe mnóstwo.
Sayuri wyszła im na przeciw, ale bracia coraz bardziej się wycofywali, aż natrafili na linię szafek kuchennych.
— Wybraliśmy delegacje. — Głos Enzo przebił się przez ten chaos. — Rodzice nie mają pojęcia, że te szalone główki na to wpadły.
Potargał jakąś dziewczynkę po włosach i patrzył na nich rozbawiony.
Sayuri po pierwszym szoku poczuła się, jak w niebie. Tyle uroczych twarzyczek, tak ufnie w nich wpatrzonych, dających co tylko miały najcenniejszego i to dla nich się starali.
Grzecznie dziękowała za każdy rysunek, ozdobę i dziwne bazgroły. Śmiała się do nich, niektóre przytulała. Bogowie... jakby trafiła do jakiegoś wymiaru, gdzie słodkość przekraczała wszelką skalę.
W końcu zapanowała nad tym chaosem i zaprowadziła te urocze dzieciaczki do salonu, zabrała jakieś ciastka schowane w szafkach i poprosiła, aby zaczekały.
— Bogowie... — wyszeptał Kankuro, gdy tylko dzieci zniknęły z jego pola widzenia. — Przeżyliśmy inwazję.
— Nie dało się ich zatrzymać — powiedział przepraszającym tonem Kira. — Woleliśmy sami nad tym zapanować niż jakby te przebojowe bestie w setkach wdzierały się do budynku.
— Miałyby przewagę liczebną — zauważył Gaara z nikłym uśmiechem.
— Mnie co innego bardziej przeraża. — Kankuro jęknął. — Sayuri miała tak zachwycony wzrok, to chyba moje pobożne życzenie, że poprzestaniecie na jednym.
Dwójka mężczyzn wytrzeszczyła oczy i ze zdumionym wyrazem twarzy obserwowali braci.
— Ale jeszcze bardziej przeraża mnie to, że ty nie wyglądasz na przerażonego, wkurzonego albo zniesmaczonego.
Gaara spojrzał na Kankuro z wyrazem bezradności wymalowanym na twarzy i wzruszył ramionami. Ten gest każdy mógł interpretować jak chciał.
— Ej... — Gaara zmarszczył czoło. — Ty przeze mnie nie lubisz dzieci.
— Po tylu latach na to wpadłeś? Nie miej już takiej miny. Sam się nigdy nie zdecyduję, ale wasze będę zapewne bawił. — Uśmiechnął się pod nosem. — Ale to… obce bachory skaczące po kanapie za równowartość wypłaty połowy pracowników… — Celowo zerknął na Kirę i Enzo, a dostrzegłszy ich nagłą bladość, parsknął śmiechem. — Dzieci to zło, na które każdy się nabiera. Zapewne i my w końcu oszalejemy, ale do tego czasu będę narzekał. — Chwycił kieliszek i wypił duszkiem. Nalał kolejkę i znalazł dwa dodatkowe kieliszki. — Skoro już i tak zrujnowaliście nasz dzień, dokończcie dzieła i zostańcie na kolacji.
— Ale... my...
— No tak… bo wy wcale nie jesteście traktowani jak znajomi. Wyjmijcie w końcu te kije z dupy i odłóżcie na bok. Przynajmniej do czasu, aż Temari wróci.
— Dość nieoczekiwany zwrot akcji, więc wybacz nam nasze zmieszanie — powiedział Kira, chwytając kieliszek w dłoń. — A Sayuri… jak widzę masz rację, że raczej nie może doczekać się swoich szkrabów.
— Bogowie… — Gaara westchnął cicho. — Już przyzwyczaiłem się, że Kankuro i Temari nieustannie wchodzą… już nawet nie butami, ale całymi sobą w moje życie. Teraz jeszcze wy?
— Jesteś osobą publiczną, braciszku. — Kankuro uśmiechnął się złośliwie. — Wiesz, że… — na moment przerwał, ale pokręcił głową i kontynuował: — robione są zakłady w nielegalnych melinach?
— Zakłady? — powtórzył Gaara. — O co?
— O to, kiedy Sayuri zaciąży i jaka będzie płeć.
Gaara jęknął cicho i oparł się plecami o blat.
— No, no… To opowiem mojemu bratankowi, kiedy mnie spyta, jak przebiegała nasza pierwsza rozmowa o nim.
— Opowiesz mu, że obcy ludzie stawiali pieniądze o jego płeć... Temari będzie zauroczona twoimi metodami wychowawczymi. Poza tym… — Gaara nie mógł powstrzymać cichego chichotu. — Bratanek? Postawiłeś?
— Tak, dwie spore sumy — przyznał Kankuro. — Trzeba przerwać passę, że to kobieta jest najstarsza, ale to bardziej pobożne życzenie. Określiłem też czas.
— Ty nami tak manipulujesz, że nie zdziwię się, jeśli doprowadzisz do wpadki.
Kankuro uśmiechnął się tajemniczo.
— Tej pełni będę miał nie tylko szaloną, ale też nerwową bratową.
Gaara chwilę patrzył na Kankuro skołowany, a po chwili parsknął śmiechem.
— Wasze dziecko będzie miało przejebane z takimi rodzicami i krewnymi. — Lalkarz zerknął na Kirę i Enzo, którzy próbowali powstrzymać śmiech. — Udajmy, że ci też są z nami spokrewnieni. To jedyne normalne osoby, jakie znam i przebywają z nami już długo. Pokrewieństwo przez zasiedzenie, że tak powiem, a…
Przerwał, gdy do kuchni wparowała Łatka, miaucząc głośno i chyba żaląc się swojemu panu.
— Bogowie, Łateczko droga, co ci się stało?
Ta wskoczyła mu na kolana i domagała się pieszczot. Nadal była jeszcze kociakiem i zrobiła to dość nieporadnie.
W tym samym momencie Sayuri wpadła do kuchni.
— Nie będziesz zły, że wzięłam trochę rzeczy z wyprawki?
Przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego Łatka wyglądała na wyprowadzoną z równowagi. Od długiego czasu obrała za cel do spania kartony, w których czekały wyprawki dla przyszłych uczniów.
— A rób co chcesz — powiedział Gaara zbolałym tonem.
Sayuri zaśmiała się i pobiegła do dzieci.
— Nie dla psa kiełbasa. — Kankuro odsunął Łatkę od kieliszka sake. — A najwidoczniej… nie dla Łatki sake. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Jeżeli jeszcze będzie się ze mną upijała, skończę z kobietami. Ta tu jest idealna.
— Więc to tak wyglądają popołudnia w tym domu. — Enzo wyglądał, jakby gotował się z rozbawienia. — Nie powiem, bardzo odbiegają od moich wyobrażeń.
— Jak to Sayuri powiedziała? — Gaara spojrzał na Kankuro.
— Mówiła, że w tym pierwszym tygodniu miała pewne przemyślenia. Coś w stylu, że spodziewała się stłuszczonych talerzy, szczątek marionetek i piasku porywanego przez podmuchy wiatru. No… coś w tym stylu. A jak się zdumiała, że potrafimy jeść nożem i widelcem.
— Nie była nigdy wcześniej w Sunie? — dopytał Kira, siadając przy stole. — Słyszałem, że była shinobi, to mogła kiedyś…
— A wielu przejezdnych shinobi pamiętasz? — Gaara nalał sake do pustych już kieliszków. — Tu już nie chodzi nawet o mnie z przeszłości. Raczej żaden nie widział sensu w zapuszczanie się na pustynie. A moja Sayuri nie znosi pustyni, więc szanse były minimalne.
— Doskonale się wpasowała tutaj. — Enzo pokręcił głową. — Naprawdę… Ludzie ją ubóstwiają.
— Takie teksty zachowaj jak już przyjdzie. — Kankuro z uśmiechem głaskał Łatkę, która głośno mruczała. — Zauważyłem, że mam sprzymierzeńców, którzy też uwielbiają jej rumieńce.
— Nie będziesz jej bronił, jako mąż? — Kira spojrzał na Gaarę.
— Jej rumieńce są również moim ulubionym widokiem. Nie wypada mi mieszać jej przy ludziach, ale chętnie obserwuje jak mój drogi brat to robi.
Lalkarz przybrał minę, która chyba w jego odczuciu miała być uosobieniem niewinności.
— Moja bratowa zapewne również lubi nas mieszać, ale ma zbyt dobre serduszko, żeby to robić często.
Nagle dziecięce głosy, które do tej pory były niewyraźnym szumem, zbliżyły się. Wesoła gromadka chyba zbierała się do wyjścia.
Sayuri weszła do kuchni i nadal miała rozanielony wzrok.
— Bardzo urocze są te dzieciaczki — powiedziała z uśmiechem, patrząc na Kirę i Enzo. Podeszła do Gaary, nadal stojącego przy blacie i skradła mu szybki pocałunek. — Zostajecie na kolacji?
— Chyba nie mamy wyboru — odparl Enzo. — Kankuro już nas rozpija.
— To nie pozostaje mi nic innego, jak przygotować posiłek. — Jeszcze raz pocałowała Gaarę, który patrzył na nią z niegasnącą miłością w oczach. — Ale ty, mój drogi, mi pomożesz.

***

Kira i Enzo zostali na kolacji, zostali też później. Mieli wielkie opory, by opuścić tę wesołą trójkę. Sake przelewała się w wielkich ilościach, a oni byli zbyt rozluźnieni, by pamiętać, że nazajutrz mieli pracę.
Dość wcześnie Sayuri wyciągnęła Gaarę od towarzystwa, który zresztą nie stawiał oporów. Najwidoczniej ich wieczór także szybko się nie skończy.
— Bogowie… — Kira chwycił się za głowę. — Nikt mi nie uwierzy, że urżnąłem się z Gaarą.
— Był trzeźwy — rzekł Kankuro. — W ogóle ostatnio zauważyłem, że alkohol przestał na niego działać, ale obecnością Sayuri upija się jak nikt inny.
— My musimy jutro… coś zrobić. — Enzo wyglądał na najbardziej siekniętego. — Nie myślałem… że wiesz, nasz Kazekage jest pantoflarzem.
— Bo nie jest. — Kankuro wzruszył ramionami. — To nie jest typ, który dałby siebie zdominować przez kobietę, a wy nie znacie tak dobrze Sayuri — ona jest typem zahukanego, potulnego stworzonka. Ale Gaara najwidoczniej tak się zakochał, że jedno jej słowo starczy, żeby zrobił cokolwiek zechce, a ona nie może w to uwierzyć, ale nauczyła się mówić na głos, o swoich przemyśleniach. — Patrząc na ich zdumione spojrzenia, zaśmiał się. — Ona… jest wesoła, potrafi być duszą towarzystwa, ale woli jak się o niej zapomina. Na początku… sama chyba tego nie zauważyła, ale jak tu na początku zamieszkała, bała się opuścić swojego pokoju. A kiedy wpadała poza znanymi jej porami na któreś z nas, była przerażona. Temari nawet śmiała się, że zejdzie na zawał, kiedy zobaczy, ile jest osób w Sunie.
— Słyszałem, że ci z Konohy to raczej otwarci ludzie.
— Są otwarci — przyznał Kankuro. — Ale Sayuri… miała dość ciężkie przeżycia... Nie ciągnijcie mnie za język, spytajcie ją kiedyś sami. Nie widzicie, jak się zmienia, kiedy musi być właścicielką zakładu? To nie jest jej naturalna poza, ale chciała zmian w Sunie, więc za każdym razem zbiera się w sobie i przezwycięża tę swoją nieśmiałość. Przed lustrem ćwiczyła.
— Naprawdę? — Enzo zmarszczył brwi. — Ale kiedy tak kłóciła się z tym Fujio…
— Lepiej nie przekażę braciszkowi, że tak się o nią dopytywaliście. — Kankuro uśmiechnął się łobuzersko. — Na początku była wściekła na Fujio, bo jej zdaniem dręczył Gaarę. Potem znowu, bo i jej pracownicy byli dla niej cenni, wy również, a uznał was za nic nie warte śmieci. Ale wierzcie mi… to, że w ogóle wpuścił was do domu, to tylko jej zasługa. Ta rodzina jest gdzieś tak w połowie między elitami a nami. Przez Sayuri nie wierzą już w swoją boskość, ale, jak ten Fujio słusznie zauważył, tresura mocno trzyma ich w ryzach.
— Ten Hiroji całkiem mi do nich nie pasuje — wyznał Kira. — Tak naiwny dzieciak, całkiem bez zrozumienia swojej pozycji.
— Bo dla niego jest ona równie wiele warta, co dla nas. — Kankuro westchnął. — To naprawdę dobry dzieciak, który nie będzie miał życia w elitach. — Zauważywszy ich miny, przewrócił oczami. — Myślicie, że przez swoją chorobę będzie przyjmowany w domach możnych albo traktowany jak równy im? Że dadzą mu swoje córki za żonę? Sayuri to zrozumiała i dlatego zależy jej, żeby obserwował te nasze zakłady. Jeśli okaże się dobry i jego interesy będą kwitnąć, być może elity wybaczą mu słaby organizm albo sam sobie znajdzie w innych kręgach żonę.
— Dlatego chcesz przeprowadzić z nim... jak to nazwałeś... treningi? Bo masz nadzieje, że zyska pewność siebie?
— Po części — przyznał Kankuro. — Ale też zależy mi, żeby mieszkańcom było lepiej, więc im więcej czasu z nami, a nie innymi rodami spędza, tym większa szansa, że pojawi się druga rodzina podobna do mojej. Te rody, klany… takich hipokrytów nigdy nie widziałem.
— Co masz na myśli?
— Wy nienawidziliście Gaary i słusznie, nikt od mieszkańców nie oczekiwał niczego innego. A oni… wy w ogóle rozumiecie, czemu wybrali mojego brata na Kazekage?
Kira i Enzo zerknęli na siebie, a po chwili zgodnie pokręcili głowami.
— Bo to był z ich punktu widzenia doskonały wybór. Na to moja kochana bratowa wpadła. Powiedzcie mi, jak ludzie zareagowali, gdy o tym usłyszeli?
— Cóż… — Kira już otwierał usta, żeby ciągnąć, ale przerwał. Ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w Kankuro. — Właściwie… to były bardzo mieszane uczucia. Część nawet uwierzyła, że żadne krwawe dni już nie wrócą do Suny. Ale większość raczej nie była zadowolona.
— Jak myślicie, czego Rada oczekiwała? Nie macie pomysłów? To wyobraźcie sobie, że oni doskonale… w przeciwieństwie do mieszkańców… wiedzieli, że Gaara żałuje za wszystko. To była perfidia z ich strony. Obsadzili go na stanowisko i przez pierwsze miesiące nawet nie miał czasu, żeby się po dupie podrapać. Dosłownie. Wychodził stąd o siódmej, o ósmej wracał na śniadanie i siedział w tym swoim gabinecie do późnej nocy. Jeśli myślicie, że robił coś istotnego… — Parsknął śmiechem. — Przepisywał dokumenty.
— Zamknęli go tu — zauważył Enzo i wypił kolejny kieliszek. — Bogowie… to dlatego nas stworzyli. Nie wszyscy mieszkańcy byli mu przeciwni…
— Gdyby was pozabijał, wyobrażacie sobie, jak to by się skończyło?
— Nigdy w życiu nikt nie zaufałby Gaarze — powiedział Kira i wzdrygnął się.
— Dlatego uważam ich za hipokrytów. A mówię tak tylko dlatego, żebyście nie powtarzali nigdzie moich prawdziwych przemyśleń, bo wam się oberwie. Za połowę tych słów grozi mieszkańcom chłosta, a za niektóre kara śmierci. Nie narażę was przecież. — Puścił do nich oczko.
— Po tym, co kiedyś usłyszeliśmy od ciebie… Wiesz… spróbowaliśmy to sobie poukładać w głowie. Ja też nie pamiętam, ani nikt kogo znam, żeby rozmawiał z Gaarą, bawił się z nim jak był dzieckiem, czy chociażby… cokolwiek… Wierzę ci, ale mieszkańcy nie uwierzą. — Enzo mówił wolno, walcząc ze zmęczeniem.
— Ale ładnie to sobie poukładali w głowie. Słyszałem… Sayuri i Gaarze przekazałem, że to była rozmowa, ale… bogowie, ja słyszałem tę balladę.
— Poukładali — przyznał Kira. — Teraz jak ktoś ośmieli się zrobić coś podobnego, jak spisek, mieszkańcy sami tych ludzi wyniosą na widłach. Polubili i szanują Gaarę, ale raczej dlatego, że to ukochany mąż ukochanej Sayuri-sama.
— A powiedzcie mi… — Kankuro zawahał się i nalał kolejną kolejkę. — Bo moja bratowa ma przypadłość zapominania o przeszłości, ale ja nie. Kto był na tyle szalony, żeby się tu włamać? To nie przesłuchanie — dodał, kiedy obaj wyraźnie spięli się na tę wzmiankę — z ciekawości pytam.
— To nie było zaplanowane — mruknął Kira, nie patrząc Kankuro w oczy. — Jeden z naszych był popędliwy i uważał, że na pewno uda mu się dostać do Gaary i aktywować te swoje notki.
— Dziękujcie bogom, że mu się nie udało. Już wtedy Sayuri spędzała noce z Gaarą i gdyby choć jedna rana powstała na jej ciele, dni ludzi z Suny byłyby policzone.
Przesadzał, ale czy na pewno? Nawet on do końca nie wiedział, jak też jego braciszek zareagowałby na coś takiego.
— Wtedy raczej nie patrzyliśmy, że to człowiek, który może coś odczuwać. Byliśmy przekonani, że to… inna istota, niezdolna do uczuć, emocji, która tylko się przyczaiła i chce uderzyć w najmniej spodziewanym momencie.
— A tu zobacz, jaka niespodzianka… Jak radzicie sobie, jako Ruch?
— Jest ciężko. — Kira chyba był wdzięczny za zmianę tematu. Zdecydowanie wygodnie ułożył się na krześle i bez oporów patrzył na Kankuro. — Nie chodzi o… nie wiem… brak środków, tylko o zbyt dużą liczbę chętnych. Nie wszystkim możemy ufać, bo Sayuri i wy aż za bardzo nam zaufaliście, więc chcemy jedynie naprawdę dobrych i godnych zaufania ludzi. W przeciągu ostatniego tygodnia mieliśmy około setki chętnych... To się odbywa nieoficjalnie.
— A jak wybieracie mieszkańców do pracy w zakładach?
— Losujemy — powiedział głucho Enzo. — Inaczej zostalibyśmy rozszarpani. To kilkanaście tysięcy osób.
— Mówiłeś… mówiłeś o liczbie czterocyfrowej…
— Rodzin — przypomniał mu Kira. — O liczbie czterocyfrowej, jeśli chodzi o rodziny. Mieszkańcy już nawet pogodzili się, że shinobi będą pracować, bo naprawdę uwierzyli, że Sayuri w przyszłości da pracę wszystkim. Chyba tylko ta myśl powstrzymuje niektórych przed koczowaniem przy zakładach. Poza tym puściliśmy wici, że Sayuri próbuje złamać jeszcze jedną rodzinę, która otworzy inne zakłady i walczy o pensje pracowników. Muszą przysięgać, że nie będą o tym otwarcie mówić, bo Sayuri mogłaby mieć kłopoty, ale słysząc, że to ona będzie czuwać nad nimi, pójdą pracować do tego Fujiego. A jak usłyszeli, że kilka osób z Ruchu też się zatrudni, żeby sprawdzać warunki i przekazywać wszystko Sayuri, byli całkiem spokojni. Zresztą… oni uwierzyli nie tylko w nią, ale też w waszą rodzinę. — Głos mu się załamał. — Ta ballada… to chyba tylko wierzchołek góry. Mamy kilku zdolnych muzyków, którzy już układają pieśni, na cześć Suny, jako całości, choć wasze imiona też się przewijają. Wyzwoliliście całe pokłady nieoczekiwanych emocji.
— Bogowie… — Kankuro wzdrygnął się. — Podpowiedz im, żeby o Temari nie zapominali.
— Naprawdę jest taka straszna?
— A jak myślisz? Gdybym nie był shinobi, nigdy bym się jej nie sprzeciwił. Gaara kilka razy musiał wykorzystywać fakt, że jego się trochę boi, bo jak nic byłbym okaleczony. — Parsknął śmiechem. — Ale ona będzie na pewno większą pomocą niż ja z bratem. Tylko najpierw musi zrozumieć, że ludzie nie mają równie wiele energii, co ona i tyle siły, co shinobi. Potem… potem zrobi wszystko. Bo to ona zaszczepiła w Sayuri ten pomysł, ona też wspomniała o waszym Ruchu.
— Myślałem, że to Sayuri… — wymamrotał Enzo. Opierał głowę o rękę, ale i tak co chwilę tracił równowagę.
— Po rozmowie z Temari, kiedy wyznała jej, że widzi biedę na ulicach, zaczęła działać. Temari ma dobre serce, ale jest okrutna równocześnie. Chce ofiarować pomoc, ale tylko na swoich warunkach. Sayuri jest bardziej ugodowa i empatyczna. Jeżeli Temari uznałaby, że ona sama może pracować po szesnaście godzin, wy też musielibyście tak zasuwać i o zmianie planu nie mogłoby być mowy. Trzeba nauczyć się z nią obchodzić, a zrobi dla mieszkańców wszystko. Jestem przekonany, że będzie chciała uczestniczyć zwłaszcza w projekcie szkół. — Spojrzał na nich złośliwie. — Sama postawiła na nogi Akademię Ninja.
— Bogowie… — jęknął Kira. — Nasi biedni ludzie poumierają.
— A potem będą dziękować, że mieli Temari, bo ona nie da się zastraszyć przez Radę i jeżeli przejmie pomysły Gaary i uzna za swoje, tak to właśnie będzie wyglądało, niezależnie od wszystkiego. Zresztą… Chyba sama będzie prowadziła te wykłady z historii. Wiecie… ona już zajmuje się dyplomacją, więc będzie miała sporo do opowiedzenia, a poza tym uwielbia dzieci.
— Szalone rodzeństwo z równie szaloną bratową.

*****************

 Nieśmiało przypominam, że w poniedziałek rusza nowe opowiadanie.

Miłego weekendu!

4 komentarze:

  1. Ojejej! Stara, dobra 'Gosposia' powraca! x) Może niedługo wrocą też bezeceństwa które obiecałaś #__# Scena z dziećmi wymiata XD I te teksty Kankuro. Brakowało mi trochę takich rozmów na luzie przy sake. Na dzieciaki pierwszej pary Suny też czekam <3

    Alba

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Następnych bezeceństw nie ocenzuruję, obiecuję :D Na dzieci jeszcze trochę poczekasz ;)

      Usuń
  2. Pokrewieństwo przez zasiedzenie ;) Rzeczywiście widać, że Kanki uznał Enzo i Kire za swoich. Niezwykle celnie podsumował Sayuri i Temari. Sprawiło to, że jeszcze bardziej zatęskniłam za Temcią. Dobra i okrutna jednocześnie, coś w tym jest. ciekawa jestem, czy Shika zdecyduje się na prawdziwe oświadczyny. I, oczywiście, jaki termin obstawił Kankuro:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Temcia niedługo powróci! Przysięgam, że w tym ff o niej nie zapomniałam, ale nawet po powrocie będzie dostawała najmniej czasu antenowego :(

      Jaki termin? Trafny, oczywiście! :P

      Usuń