niedziela, 7 lutego 2021

Między snem a koszmarem — Rozdział pierwszy

Wolność! Z trzaskiem zamknął segregator i wstał od biurka. Teraz tylko zajrzeć do księgowości i zje w końcu jak człowiek — na spokojnie, w restauracji — a nie z jakiejś budki w biegu. Zebranie było dopiero za dwie godziny i nie przewidywał, żeby te pierdolone gnidy z Rady zepsuły mu plany na wieczór.
Przelotnie zerknął na odbicie w lustrze, ale nie musiał poprawiać makijażu. Na szczęście, bo nie miał najmniejszego zamiaru znowu pojawić się na zebraniu z chaosem na ryju. Nie chciał dawać nikomu pretekstu do kpin.
— Dzień dobry, Kankurō-sama.
Odwrócił się w stronę, z której dobiegał kobiecy głos. Całkiem niezła, chyba ją skądś kojarzył, ale za nic nie mógł przypisać twarzy do okoliczności poznania.
— Dzień dobry — odpowiedział, puszczając oczko.
Uśmiechnął się pod nosem, kiedy tamta zarumieniona dygnęła i odeszła z wyraźnym ożywieniem w ruchach.
Cóż, może właśnie stworzył podwaliny pod ekscytujący wieczór innego dnia? Na dzisiaj miał zaplanowanie schlać się jak świnia z Buntą po raz pierwszy od tygodni i nic go nie odwiedzie od tego pomysłu.
Zszedł kilka pięter niżej, gdzie mieściły się biura księgowych. Otworzył drzwi do jednego z gabinetów.
— Kotaro, na słówko — warknął.
— Kan-Kankurō-sama!
Niski mężczyzna z wyraźnym przestrachem malującym się na twarzy wstał na baczność i dość pokracznie, ale szybko człapał w jego kierunku. Kiedy wyszedł na korytarz, Kankurō zamknął za nim drzwi.
— Mogę wiedzieć, jakim cudem pojawił się błąd w raporcie z wczoraj? — W miarę mówienia unosił głos.
— Proszę… proszę wybaczyć Kankurō-sama — wyjąkał Kotaro, dyskretnie wciskając mu liścik do ręki. — Jestem pewien, że to tylko drobne przeoczenie, które naprawię najpóźniej za godzinę.
— Nie wiesz nawet, czego błąd dotyczy — kontynuował rozeźlonym tonem. — Przejrzyj jeszcze raz księgę wpłat darowizn na sieroty i sam oceń, czy wpływy mogą być ujemne.
— O-oczywiście Kankurō-sama! Niezwłocznie się tym zajmę!
Nie zaszczycił go pożegnaniem i ruszył w kierunku schodów.
Kartka papieru paliła go przez materiał kieszeni. Chciałby móc od razu wszystko przeczytać, ale zbyt dobrze wiedział, że w tym pieprzonym gnieździe żmij nie powinien tego robić. Nawet w swoim czy Gaary gabinecie.
To teraz czekała go poważna decyzja. Iść do Osamu czy Keiko? Niby u Osamu były lepsze kelnerki, ale nic nie przebije dań od Keiko. W sumie był cholernie głodny, a stolik najszybciej dostanie u Osamu, ale na myśl o baraninie Keiko ciekła mu…
— Kankurō-sama, jak to dobrze, że cię spotkałem.
No i pierwsza ze żmij wyłoniła łeb ze swojej nory. Pierdolony Kenzo.
— Miło mi słyszeć, że spotkania ze mną uznajesz za coś dobrego — odparł.
— To przywilej móc rozmawiać na równi z ostatnim przedstawicielem pierwszego z rodów.
Spokój. Jebać go, nie da się wyprowadzić z równowagi.
— Zaszczyt, można by rzec. — Patrzył na Kenzo hardo. — Dawniej za znieważenie pierwszego, przewidziany był cały zakres tortur, którymi można było poddać znieważającego.
— Cóż to za niezwykła pomyślność, że zaniechano przestrzegania tych barbarzyńskich praw, czyż nie?
— W istocie. Niektórzy mogą dzięki temu spać spokojnie.
— Ależ ja nie o zamierzchłych czasach chciałem pomówić. — Kenzo potarł palcami siwą brodę, jakby udawał zamyślenie. — Ach tak! Proszę wybaczyć tę krótką niedyspozycję, ale już sobie przypomniałem. Kiedy szedłeś w stronę wyjścia, Kankurō-sama, wyglądałeś, jakbyś zapomniał o delikatnym problemie, który będzie roztrząsany na obradach.
— Jak mógłbym zapomnieć o tak istotnej sprawie?
— Proszę mi wybaczyć, ale odniosłem wrażenie, że nie zapoznałeś się, Kankurō-sama, z raportem z Wodospadu, który dotarł do nas tego poranka.
Coś ciężkiego opadło mu na dno żołądka. Nie. Po prostu, kurwa, no nie. Jeszcze jeden raport? Wiedział, że sytuacja w małych krajach nie była najlepsza, niepokojąca wręcz, ale przeczytał już tyle ton makulatury, że chyba do końca życia miał dość czytania.
Cholera! Nie upilnował się. Musiał zdradzić miną, jak bardzo był niezadowolony, bo Kenzo posłał mu pobłażliwy uśmiech.
— A mówiono, że zarządzanie jednostkami i praca zza biurka to prosta rzecz, prawda?
— Nie inaczej jest w rzeczywistości. Zdecydowanie prościej, odkąd w imię często idiotycznych rozkazów nie ryzykuję życiem każdego dnia.
Mierzyli się spojrzeniami i już był pewien, że Kenzo pęknie, ale zamiast tego ten posłał mu jeszcze bardziej uprzejmy uśmiech.
— Jeżeli tak stawiasz sprawę, Kankurō-sama, to żołnierze powinni się cieszyć, że kompetentna osoba zajmuje się wioską.
Chciał minąć go bez słowa, bo mimo wszystko awantury powinien zostawić sobie na obrady, kiedy od mieszkańców odgradzały ich drzwi z litego drewna, ale zatrzymał się, kiedy Kenzo chwycił go za ramię.
— Chciałbym też przypomnieć o rytuale.
— Doceniam troskę, ale zapewniam, że pamięć mam dobrą.
— Może zdradzisz, Kankurō-sama, kto tym razem przeprowadzi Pierwsze Nacięcie? Po kobiecie chyba żaden wybór nie będzie równie złowrogi, ale zastanawiamy się — padnie na wiecznie drugiego, choć starszego z braci czy osobę, która nie może się zranić?
Jedna pierdolona żmija, druga pierdolona żmija, trzecia pierdolona żmija…
— To chyba żadna różnica dla ciebie, Kenzo. — Ciszej dodał: — Skoro tak bardzo wierzysz w złowrogie omeny, to każdy z nas będzie dla ciebie koszmarem. Może się mylę?
— Prymitywne pogróżki możemy sobie darować.
A jednak. Ha! Co prawda on pierwszy porzucił maskę uprzejmości, ale Kenzo nie wytrzymał dużo dłużej.
— Jeżeli tak to odbierasz, twoja sprawa. W moich oczach ważne jest, jaki to będzie omen dla Suny, a was wszystkich…
Nic nie dodał, ale patrzył na tę pierdoloną żmiję znacząco. Nie wywołał oczekiwanego efektu — Kenzo nie przestraszył się — ale zbyt pewnej miny też nie miał. I dobrze.
— Do zobaczenia na obradach, Kenzo.
— Ciebie również będzie miło widzieć, Kankurō-sama.
No i żmije wygrały tę potyczkę. Może nie były tego świadome, ale przez Kenzo wizja pójścia na pełnowartościowy obiad odeszła w siną dal. A tak na to liczył! Cholera by to wszystko wzięła! Musiał przeczytać raport.
Już, już miał ruszać do oddziału wywiadu, ale zatrzymał się wpół kroku. Nie musiał przecież tego robić. Braciszek zapewne na pamięć znał jego treść, a że od jakiegoś czasu Gaara emanował empatią, mógł to wykorzystać. Może nawet zdąży zjeść obiad… co prawda ani u Osamu, ani u Keiko, ale w tej najbliższej restauracyjce już tak.
W sumie to dobrze się złożyło, że spotka Gaarę przed obradami. Musieli omówić strategię działania względem tych krajów, żeby móc obrać wspólny front na zebraniu.
Prawie podskoczył w miejscu, kiedy rozległ się huk zamykanych drzwi.
— Czy ty w ogóle myślisz, kiedy coś zapisujesz, czy ta przestrzeń między uszami jest tylko dla ozdoby?
— Najmocniej… najmocniej przepraszam.
Oho. Dzień dobry. Smoczyca była w formie.
Może to głupota, ale stanął pod ścianą i zerknął na przylegający korytarz, żeby ocenić, czy musiał się wtrącać, czy ofiara ujdzie z życiem bez jego pomocy.
Złośliwość złośliwością, ale chyba powinien być wdzięczny, że taka osoba pracowała w archiwach. Nie musiał dzięki temu szukać tam sprzymierzeńców. Nie było potrzeby, bo nawet jeśli Rada miała swojego człowieka, Smoczycy nie przekupi ani nie zastraszy.
No, nie mógł udawać przed sobą, że nie robił na nim wrażenia wygląd gadziny. Nawet teraz, kiedy niemal dosłownie dym buchał jej z nozdrzy, miała w sobie coś pociągającego. Może to ta aura autorytetu? Może ogniste włosy? A może fakt, że dawno z nikim się nie zabawił? Któż to wie…
— Ile razy powtarzałam, żeby katalogować dokumenty z misji innym kolorem?! Znowu odleciałaś?!
Nie miał pojęcia, na ile istotny był dobór koloru długopisu przy archiwizowaniu dokumentów, ale nie miał wątpliwości, że dla Smoczycy pomyłka równała się najgorszej zbrodni.
Dostrzegł w końcu skuloną w sobie, biedną, czarną owieczkę, która, zapewne nieświadomie, swoją postawą jeszcze bardziej narażała się na pożarcie przez szefową. Musiała być nowa, skoro nie rozumiała, że Smoczyca bardziej niż kajanie doceniała natychmiastową chęć poprawy.
— Dzień dobry, Sayuri-san — powiedział, wchodząc pewnym krokiem na korytarz.
Smoczyca oderwała ślepia od ofiary i skupiła wzrok na nim. Mimowolnie, choć przecież niczego złego nie zrobił w jej drogocennych papierach, wzdrygnął się na widok furii w jej brązowych tęczówkach.
— Kankurō-sama. — Wyraźnie niechętnie pochyliła głowę. — Jeżeli czegoś pan potrzebuje, proszę wziąć numerek, wypełnić wniosek, a…
— Procedury znam wyśmienicie — przerwał jej. Jak zawsze na końcu języka miał pytanie, wynikające z czystej ciekawości, a nie szydery, czy te wnioski też archiwizowali? Na szczęście miał na tyle rozsądku, że nigdy go nie zadał. — Usłyszałem tylko rozmowę dyscyplinującą i jestem pod wrażeniem pani profesjonalizmu.
— Bez dyscypliny zapanuje chaos. Zapewne jest pan świadom, Kankurō-sama, że w wielu dziedzinach życia to zła nowina, ale przy dokumentach to tragedia.
— Ależ rozumiem. — Zerknął na drugą kobietę, która nie odrywała wzroku od podłogi. — Jestem też pewien, że problem z podwładnymi czasami jest równie wielki, ale domyślam się, że drobne pomyłki mogą być również motywacją do większej pracy nad sobą, prawda?
Czarnowłosa kobieta uniosła w końcu wzrok na niego. Co było do przewidzenia, wyglądała na przerażoną, ale coś mu nie odpowiadało. Dlaczego miał wrażenie, że próbowała ukryć złość? Może i w interakcjach międzyludzkich nie zawsze był mistrzem, ale naturalna zdolność do odczytywania kobiecych nastrojów objawiła mu się dość wcześnie. Na tyle, że przeżył jakoś z Temari.
Nie miał więc wątpliwości, że ta kobieta była zła, choć obiektywnie rzecz biorąc, ukrywała to wyśmienicie. Ale dlaczego? Była wściekła na despotyczną szefową? A może kryła kogoś i uważała, że została niesprawiedliwie oceniona? A w sumie… czy miało to znaczenie?
— Jestem pewien, że ciebie również to dotyczy i nigdy więcej nie narazisz się Sayuri-san, prawda?
— Oczywiście. — Spojrzała niepewnie na Smoczycę. — Jeżeli pani pozwoli, niezwłocznie naniosę odpowiednie poprawki.
— To idźże, idźże! — Smoczyca klasnęła w dłonie. — Tylko następnym razem nie licz, że ktoś przyjdzie ci z pomocą!
— W takim razie nie jestem już potrzebny. Miłego dnia życzę paniom.
Jeden do jednego to nie taki zły wynik. Przy drugiej ładnej twarzyczce nie mógł sobie zbyt wiele obiecywać, raczej nie była nim zainteresowana, ale ta pierwsza…? Musiał ją w najbliższym czasie znaleźć, żeby piorunujące pierwsze wrażenie nie wyblakło w jej pamięci.
Ale najpierw wycieczka do kochanego braciszka.

***

— No… to na kilka godzin mam cię z głowy. — Pokręciła głową. — Za chwilę bierzemy ślub! Nie mam czasu na twoje napady paniki!
Nie zdążył się odezwać, a już wybiegła.
— Gaara.
— Wiesz co, synku? — Matka z przesadną czułością uczepiła się jego ramienia, przypominając o swojej obecności. — Nawet nie potrafię udawać. Nie mogłeś lepiej trafić, wiesz? Nikt cię lepiej nie naprostuje niż ona.
— Gaara!
Wzdrygnął się i nieprzytomnym wzrokiem potoczył po gabi… Co…? Zamrugał kilka razy. Dlaczego zasnął w gabinecie ojca? Zasnął!
W ułamku sekundy jego umysł wszedł na najwyższe obroty, próbując ratować sytuację. Przecież Shukaku…
— No, braciszku mój kochany, jeżeli ucinasz sobie drzemki w środku pracy, niezbyt dobrze wróży to twojej kwartalnej premii. Co prawda sam sobie ją…
Kankurō? Jaka praca?
Chwilę mu zajęło, żeby poukładać wszystkie elementy na swoje miejsce. To nie był gabinet ojca, tylko jego. Spać mógł sobie do woli, bo Shukaku buszował po świecie poza jego ciałem, ale lepiej ograniczyć drzemki w trakcie pracy.
Westchnął ciężko i przejechał palcami po włosach. Znowu to samo.
Przeklęta wojna! Ile razy zdążył już ją przekląć? W całej tej sytuacji najbardziej gardził sobą, że nie potrafił wziąć się w garść, tylko przy każdej możliwej okazji wracał do iluzji rzuconej przez Madarę.
— Gaara!
Ponownie drgnął na uniesiony głos Kankurō. Dobrze, przynajmniej był w stanie skupić na nim wzrok.
— Mam się martwić? Słuchasz mnie w ogóle?
Słuchasz mnie w ogóle? Nie. Musiał akurat tak mówić? Namae zawsze powtarzała, że odlatywał myślami… Moment, ona przecież nie istniała.
— Gaara, do cholery, co jest z tobą nie tak?!
Potarł skronie dłońmi, mając nadzieję, że to coś da. Naprawdę był na tyle żałosny, że po tylu latach nie potrafił zaakceptować prawdy? Dlaczego za każdym razem tak kurczowo trzymał się marzenia sennego? No tak, już odpowiedział — był żałosny.
— Daj mi sekundę, Kankurō.
Nie wyglądał na zachwyconego jego prośbą, ale Gaara nie widział innego wyjścia. Musiał uzyskać chwilę na ponowne przeżycie małego kryzysu, kiedy uzmysławiał sobie, że matka, Yashamaru i ojciec nie żyli, a Namae nigdy nawet nie istniała.
— Co mówiłeś?
— Naprawdę wszystko z tobą w porządku?
Musiał naprawdę koszmarnie wyglądać, skoro Kankurō przeszła złość a zaczął być zmartwiony. Choć próbował to ukryć neutralną miną, zdradził go głos.
— Tak, po prostu… ciężko mi było się obudzić.
— Ach tak? — Kankurō uniósł brwi, wyraźnie rozbawiony, i usiadł na krześle po drugiej stronie biurka. — Owocna noc?
— Ostatnio nie miewam takich nocy — odparł, wzruszając ramionami. — Jestem pełen podziwu, jeżeli ty dajesz radę, zważywszy na ilość pracy.
— Błagam, Gaara! Nie zmieniaj się w jedną z tych żmij! — Kankurō teatralnie położył dłoń na czole. — Jeno parę lat mam brata, a już zmienia się z jednego potwora w drugiego.
Parsknął śmiechem. Kiedy to zleciało? Nawet nie potrafił przypomnieć sobie, od kiedy ważyli się na tego typu żarty.
— Więc nie popychaj mnie do tego.
— Dobrze, już dobrze. — Kankurō uniósł dłonie w geście kapitulacji. — Będę grzeczny. Ale serio, to powoli jest nie do zniesienia, jak bardzo te padalce się panoszą.
— Wiesz, Kankurō, nigdy nie doceniałem twojej kreatywności w przyrównywaniu ludzi do zwierząt.
— Nie każdy musi mieć talentu i tak się złożyło, że mnie los obdarował wszystkim: nienaganną prezencją, ostrym jak brzytwa umysłem, smykałką do walki, tajnymi zdolnościami do rozkochiwania w sobie kobiet i dogłębną wiedzą na temat fauny tego świata; więc rozumiem, jeśli ty, szaraczku, czujesz się przytłoczony.
— Nie dokończyłeś wyliczanki: jeszcze jesteś skromny.
— No właśnie. — Kankurō pokiwał z powagą głową. — Jestem, więc ograniczyłem listę do tych najważniejszych punktów.
— Podążając tropem twojego zamiłowania do zwierząt, jak się ma twoja hodowla kretów?
— Myślałem, że nie pochwalasz mojego hobby.
— To ci nie przeszkodziło we wcieleniu planu w życie.
— Dobra, widzę, że wróciłeś do stanu jako takiej przydatności. — Kankurō chwycił leżący na biurku długopis i zaczął nim obracać w dłoniach. — Wydaje mi się, że Kenta ze swoim zięciem robią poważne przewały w rozliczeniach ze sprzedaży broni.
Zmrużył oczy. Może i nie pochwalał siatki szpiegowskiej wewnątrz wioski, ale takie informacje były na wagę złota. Suny nie stać na dodatkowe obciążenia.
— Masz jakieś dowody?
— Na to właśnie liczę. — Kankurō poklepał się po piersi. — Mój nowy narybek ma mi coś do przekazania, ale polityka otwartych drzwi w tym cholernym gnieździe żmij utrudnia mi przeczytanie.
Nie mógł odmówić mu racji. Było to co najmniej uciążliwe, że przegłosowano obowiązkowy zakaz zamykania drzwi podczas pracy. Dość topornie to tłumaczyli, udając, że wcale nie zbiegło się to z czasem z awansem Kankurō.
— Przekażesz…
— Jutro z samego rana. Wieczorem będę niedysponowany.
Niedys…? Co znowu Kankurō sobie ubzdurał? Już otwierał usta, ale on był szybszy.
— Od tygodni zwodzę Buntę i w końcu to przestanie być prawdopodobne, że przesiaduję od rana do późnej nocy w robocie, więc nie ma mnie dla nikogo. To i tak cud, że przez te wszystkie lata mały chujek nie wypiął się na mnie.
Musiał przemilczeć polemikę. Wytrzyma w niewiedzy do rana, a zmuszanie Kankurō do pracy ponad siły nie tylko często przynosiło efekt odwrotny do zamierzonego, ale też było niesprawiedliwe. To, że on nigdy nie miał bogatego życia towarzyskiego nie znaczy, że i Kankurō nie mógł go mieć.
— Wiem, że to delikatny okres, ale…
— Nie musisz się tłumaczyć — przerwał mu. — Kilka godzin nie zrobi różnicy.
Westchnął ciężko, obserwując ruchy Kankurō, który powoli stawał się mistrzem żonglowania przedmiotami w dłoniach.
Chyba nawet nie skłamał. Ich możliwości działania były ograniczone, a odkąd Temari na stałe osiadła w Liściu, skurczyły się jeszcze bardziej. Neutralni na zebraniach czasem skłaniali się ku nim, ale nie mieli problemu, żeby nierzadko popierać wątpliwe pomysły pozostałych rodów.
Choć dawniej nie posądzałby się o taki defetyzm, naprawdę zaczynał myśleć, że tylko nieczystymi zagrywkami byli w stanie wygrać z częścią Rady. Na szczęście shinobi byli po ich stronie, ale jeszcze nie był na tyle zdesperowany, żeby przewrotem objąć władzę absolutną.
Zresztą… do tego nie potrzebowałby żołnierzy.
— Gaara, kochany mój braciszku, nie zastanawiałeś się, dlaczego wybudziłem cię z drzemki?
Skupił wzrok na twarzy Kankurō. Zbyt dobrze znał tę minę. O co mogło chodzić? Dawno nie prosił go o przysługę.
— Miałem nadzieję, że chciałeś spędzić ze mną czas, żeby nadrobić ten stracony.
— Oj, to zawsze i wszędzie, ale nie dzisiaj. — Odłożył długopis i po raz pierwszy od kiedy go obudził, przybrał poważny wyraz twarzy. — Rano przyszedł raport z Wodospadu, nie?
— Przyszedł — mruknął, próbując odrzucić od siebie obawy. Na to przyjdzie czas na zebraniu.
— Streściłbyś mi go? Bo jeszcze nic nie jadłem, mam mało czasu, a chciałem zdążyć przed obradami.
To ze względnego spokoju nici. Nie musiał być prorokiem, żeby wiedzieć, jak Kankurō zareaguje i na co będzie naciskał.

***

— Uważam, że powinniśmy zachować umiar w poczynaniach. — Yuma patrzył po wszystkich zebranych. — Domyślam się, że wśród mniej doświadczonych to nie do pomyślenia, ale nie takie bunty Wielkie Nacje przeczekiwały.
— Ach tak?
No i uruchomili Kankurō. Nie miał pojęcia, czy była to celowa prowokacja, czy w istocie rody uznawały takie rozwiązanie za słuszne.
— Wobec tego, szanowni, powiedzcie mi ile razy wcześniej w historii małe kraje obrały jednakową ścieżkę? Bo jeżeli nie chowacie gdzieś podręczników do historii alternatywnej, wydaje mi się, że to pierwszy raz.
— Kankurō-sama. — Hiroshi westchnął i pokręcił głową. — To, że ktoś macha kunaiem, wykrzykując hasła o ruchu przeciw shinobi, pokojowej drodze albo bzdurach pokroju przyjaźnijmy się, zamiast tworzyć konflikty, nie oznacza, że powinniśmy traktować ich na poważnie. Możemy tylko wystawić się na pośmiewisko, jeśli zareagujemy przed pozostałymi wioskami, które trafnie odczytają, że to tylko głośne szczekanie zwykłego kundla.
— Tak, tak… — Kankurō, który od dłuższego czasu stał, usiadł w końcu i wbił mordercze spojrzenie w Hiroshiego. — Lepiej nie reagować. Lepiej nie narażać się na wyśmianie, a w najgorszym scenariuszu, w razie naszej eksterminacji, i tak nie dowiemy się, czy ktoś nas obgadał. A już na pewno…
— Wybacz, Kankurō-sama — przerwał mu Kenta, uśmiechając się złośliwie spod bujnego wąsa. — Możliwe, że jesteś w posiadaniu jakiegoś tajnego raportu, do którego nas nie dopuściłeś, ale jeżeli jednak nie, to, posiłkując się zgromadzonymi danymi, małe kraje chcą co najwyżej rekompensaty za uprzednie wojny, które toczone były na ich terenach. Ani razu nie wspomniano o całkowitej demilitaryzacji, a o eksterminacji shinobi nie wspomnę.
— Możliwe, że macie rację.
A to akurat nowość. Gaara nie był przyzwyczajony do tego typu scenek rodzajowych, kiedy Kankurō zgadzał się z członkami Rady. I chyba inni też nie byli, bo obserwowali go z nieskrywanym zdumieniem.
— To całkiem możliwe, że moje przypuszczenia są nadinterpretacją, ale w swojej decyzji nie uwzględniliście dwóch rzeczy. Pierwsza: ktoś jakimś cudem wypędził shinobi z Wodospadu. Druga: powinniśmy udzielić im wsparcia, a…
— Uwzględniliśmy — powiedział stanowczo Kenzo. — Ninja spoza Wielkich Nacji nigdy nie mieli łatwego życia i jeśli podpadli mieszkańcom, najprawdopodobniej woleli uniknąć bratobójczej wal…
— A wiesz to z…? — Kankurō uniósł głos, piorunując starca spojrzeniem. — Milczysz. Czyli to tylko domysły, które są równie wiele warte, co moje przewidywania.
— Zastanawia mnie inna kwestia.
Musiał się wtrącić. Jako kazekage w każdej kwestii miał decydujący głos, ale lepiej dla Suny, gdy ostateczna decyzja nie była całkiem odmienna od poglądów rodów. A teraz, kiedy być może byli świadkami wielkich niepokojów, powinien zminimalizować wewnętrzne spory.
W sumie to dobrze, że tyle czasu słuchał, nie zabierając głosu. Kiedy rozmawiał z Kankurō w gabinecie, inne sprawy były dla nich priorytetem, ale dopiero teraz zwrócił uwagę na jedną kwestię. Być może ten argument przemówi Radzie do wyobraźni.
— Małe kraje po raz pierwszy obrały wspólny front, prawda?
Choć to kwestia bezsporna, siedzący przed nim mężczyźni mieli ogromne opory, by choćby skinieniem głowy przyznać mu rację.
— Od kiedy dochodzą do nas słuchy o sytuacji?
— Mniej więcej miesiąc. — Kankurō obserwował go uważnie.
— Miesiąc… — Zawahał się. — Masz na myśli informacje od naszych ludzi. A kiedy dotarły do nas, i do innych wiosek, pierwsze żądania?
— Nie jestem pewien… — Najmłodszy przedstawiciel rodu musiał znieść potępiające spojrzenie ojca, ale nie przerwał. — Wydaje mi się, że około tydzień po raporcie od szpiegów.
— Dokładnie… — Gaara wstał i zerknął na mapę kontynentu rozłożoną na okrągłym, kamiennym stole. — Wszystkie kraje zrobiły to w tym samym czasie. Znaczy to, że albo planowali to od dawna, więc nasi szpiedzy nie są tak skuteczni, albo powinniśmy uznać to za niespotykany wręcz zbieg okoliczności.
— Co sugerujesz, Kazekage-sama?
Spojrzał na Bakiego, który siedział ze skrzyżowanymi ramionami naprzeciw niego.
— Jeżeli założymy nieudolność wywiadu, nasze decyzje tym bardziej powinny być ostrożne, bo możemy nie mieć pojęcia o rzeczywistej sytuacji w krajach. Jeżeli uznamy to za zwykłą przypadkowość, okazalibyśmy się głupcami. Chyba że… — Przerwał i jeszcze raz… Nie, musiał w końcu podzielić się uwagami. — Nie uważacie, szanowni, że wszystkie działania zostały zbyt sprawnie przeprowadzone, żeby uznać to za dzieło małych krajów?
Po minach wnioskował, że taka myśl u większości nie zawitała w umysłach. Właściwie nie dziwił się temu. On też w ostatnich tygodniach więcej uwagi poświęcał wymianą listów między pozostałymi kage, lordem feudalnym i większą aktywizacją shinobi. Nie miał czasu, żeby na spokojnie to przeanalizować, bo wiadomości spadły nieoczekiwanie i to w przededniu corocznego rytuału.
Mężczyźni poruszyli się niespokojnie, wymieniając między sobą spojrzenia.
— Słuchamy, Kazekage-sama — oznajmił w końcu Kenzo.
Zerknął na Kankurō, który uniósł brwi. Faktycznie, ton pozbawiony złośliwości i wyższości był czymś niespodziewanym, ale nie pozwolił, żeby wybiło go to z rytmu.
— Nie wiemy tak naprawdę nic na temat tej sytuacji, bo to wątpliwe, że zaledwie w ciagu tygodnia przywódcy wiosek i krajów znaleźli czas, żeby ustalić plan działania i na dodatek zdążyli wcielić go w życie. Musimy też pamiętać, że relacje między poszczególnymi krajami nie są… albo raczej… nie były w pełni przyjazne, a mimo to odrzucili niesnaski i współpracują. To tylko moje domniemania, ale wygląda to tak, jakby jakiś większy kraj im pomagał. Może nawet któraś z ukrytych wiosek.
— Nie ukrywam, że to rzuca trochę inne światło na tę sprawę — powiedział powoli Kenta. Zapewne nieświadomie skubał palcami wąsa, patrząc na mapę. — Nadal uważam, że powinniśmy zachować umiar w działaniach, ale nie możemy tego ignorować.
Pozostali członkowie Rady skwapliwie pokiwali głowami.
Dobrze, wobec tego jego decyzje nie powinny spotkać się z wielkim oporem.
— W pierwszej kolejności zwiększymy liczbę patroli na wschodniej granicy kraju. Zostanie też utworzony mały oddział, którego zadaniem będzie nawiązać kontakt z wygnanymi shinobi… Na razie nie podejmę żadnej wiążącej decyzji — dodał pospiesznie, widząc, jak wielkie wywołało to poruszenie. — Głównie chodzi o zebranie informacji, a co z nimi zrobimy, zostanie omówione na późniejszych obradach. Ponadto…
— Wnioskuję za przerwą — wszedł mu w słowo Hiroshi. — Musimy mieć świeże głowy przed analizą wiążących decyzji, a i czeka nas jeszcze zatwierdzenie budżetu na kolejny miesiąc.
Rozejrzał się po zebranych. Faktycznie, nie wyglądali na wypoczętych i chyba nie powinien się temu dziwić. Siedzieli tu już trzecią godzinę, a to nie koniec. Po raz kolejny zrugał się w myślach — nie każdy miał nadludzkie siły.
— Przyjmuję wniosek.
Rozległ się mały rumor, kiedy w ruch poszło kilkanaście krzeseł topornie przesuwanych po kamiennej podłodze.
Budżet nie będzie sporym wyzwaniem. Od jakiegoś czasu mieli nadwyżki, co znaczy, że nawet jeśli przeforsuje pomoc wygnańcom, nie nadwyręży to znacząco kondycji finansowej Suny. Może i miał w planach…
— Co chciałeś dodać?
Nie zauważył, kiedy Kankurō podszedł do niego na tyle blisko, że cicho wymieniane uwagi nie były słyszalne przez pozostałych.
— Właściwie nic więcej. Trzeba jedynie skontaktować się z Szóstym, żeby…
— Gaara, błagam cię. — Kankurō uniósł wzrok, jakby w jakiejś istocie wyższej szukał wsparcia. — Przypominam, że wbrew twojej służalczej postawie, mamy pełną autonomię.
— Uważasz, że nie powinienem informować sojusznika o naszych ruchach? — Chyba przegiął. Nie zamierzał używać tak ostrego tonu.
— Gdyby chodziło jedynie o poinformowanie, przyklasnąłbym temu. Na pewno masz to na myśli, a nie prośbę o zgodę?
— Jeżeli przedstawią logiczne…
— Gaara, Suna nie jest wasalem Konohy. — Kankurō nadal mówił ściszonym tonem, ale wąsko zaciśnięte usta wskazywały, z jakim trudem mu to przychodziło. — Nie słyszałem też, żeby Kraj Ognia był suwerenem Kraju Wiatru. Nie możemy podejmować decyzji w oparciu o to, co Liściowi najbardziej odpowiada.
— Dlaczego z góry zakładasz, że racjonalne kroki zostaną storpedowane?
— A co jeśli tak? — Kankurō prychnął cicho. — Nie możesz być tak naiwny. Naprawdę tego nie rozumiem. Widzisz absurdalne działania Rady, ale ignorujesz jeszcze większy absurd w relacjach Suny i Konohy.
— Do tej pory…
— Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam.
Obaj z Kankurō lekko wzdrygnęli się na dźwięk głosu Kenzo.
Gaara dawno nie był tak rad na jego widok.
— Zauważyłem pewne niedociągnięcie w protokole obrad. Nie wyszczególniono miejsca na naradę w bardziej kameralnym gronie, gdzie omówione zostaną przygotowania do Dnia Poświęcenia. Zwłaszcza Pierwsze…
— Słuchaj, Kenzo — wycedził Kankurō przez zaciśnięte zęby. — Jeżeli tak cholernie zależy ci na tym Pierwszym Nacięciu, jeżeli widzisz w tym jakiś potężny, boski wręcz zaszczyt, naruszymy trochę tradycję i to ty będziesz pierwszym. Ale żeby nie odrzucać woli przodków, to ja go przeprowadzę, spuszczę ci trochę krwi i wszyscy będą zadowoleni. Co ty na to?

***

Temari,

Nie powinnaś doszukiwać się z mojej strony złośliwości. Nie uchylam się od odpowiedzi na twoje listy, które często są dla mnie miłym zaskoczeniem, ale zwyczajnie nie mam o czym do Ciebie pisać.
Nie, nie odcinamy Cię z Kankurō od spraw Suny. Jeżeli życzysz sobie większego zaangażowania, wystarczy, że złożysz wniosek w archiwum o udostępnienie protokołu z obrad. Nadal jesteś obywatelką Suny, więc przysługuje Ci to prawnie, choć nie wiem, czy wniosek będzie pozytywnie rozpatrzony, jeśli złożysz go listownie. Najprawdopodobniej kierowniczka nie pozwoli na to, ale kiedy będziesz na miejscu? Nie widzę przeszkód.
Nie odcinam się też od Ciebie. Może masz mylne wyobrażenie, że po Twoim odejściu zmieniło się wiele, ale zapewniam, że właściwie wszystko pozostało po staremu i nie wiem, na co liczysz, pytając, co u mnie słychać. Życzysz sobie raportu i szczegółowego opisu dnia?
Mam nadzieję, że wszystko układa się dla Ciebie pomyślnie.

Gaara



Najdroższa, najukochańsza siostro!

Kiedy czytam to, co do mnie wysyłasz, nie mogę uwierzyć, że moja ukochana siostrzyczka to napisała! Takie okropności? Takie złorzeczenie? Takie wulgaryzmy? Całkiem mija się to z zachowanymi przeze mnie wspaniałymi wspomnieniami naszego wspólnego życia, które są dla mnie jedyną pociechą po tym, jak odjechałaś. Tylko one trzymają mnie w jako takim zdrowiu psychicznym. To dzięki nim jeszcze żyję!
A wierz mi, że życie mam ciężkie. Każdego dnia zmagam się nie tylko z czarnymi myślami o braku Twojej obecności, ale też zasypany jestem robotą. Wstaję jeszcze przed świtem i wraz z pierwszymi promieniami słońca można mnie zastać w gabinecie. Jako że dźwigam na swoich barkach ogromną odpowiedzialność nie tylko za siebie czy naszego drogiego braciszka, ale też za całą wioskę, dokładam wszelkich starań, żeby wykonywać wszystko sumiennie: po dwa (a może i trzy!) razy czytam raporty, sporządzam notki służbowe, a w przerwach od pracy biurowej zajmuję się trenowaniem nowego pokolenia, żeby móc przekazać swe doświadczenie dalej. Oczywiście, obrady też są stałym elementem mojego planu dnia!
Wobec powyższych naprawdę sądzisz, że mógłbym znaleźć czas na schadzki, z, jak to określiłaś, zdesperowanymi dewiantkami, które nie mają wobec siebie za grosz szacunku? Jeżeli ktoś Ci doniósł o tym, czeka go kara za ogromną potwarz i konfabulację.
Liczę też, że nie masz o mnie tak złego zdania, żeby na poważnie nazywać mnie chorym zboczeńcem, a tak krzywdzące słowa wynikały jedynie z nadmiaru emocji po usłyszeniu oszczerstw na mój temat.
Siostrzyczko! Ale to wszystko nie zraniło mnie tak, jak zarzut o chęć oderwania Cię od polityki Suny! Tylko przebrzydła kreatura poważyłaby się na coś takiego, żeby pierwszą obywatelkę Piasku tak potraktować!
Zwyczajnie uważam, że nie po to oderwałaś się od naszego przecudnego kurwidołka, żeby zarzucać świeżo upieczoną mężatkę problemami wioski oddalonej o setki kilometrów od Twojego aktualnego miejsca zamieszkania. Mam w tych sprawach zerowe pojęcie, ale może zajęłabyś się sprawianiem sobie przyjemności przy użyciu męża? Jakoś tak to powinno działać po ślubie, nie?
Niechaj Duch Poświęcenia zawsze Ci sprzyja, a sypialnia przyjemną będzie!

Wiecznie kochający brat,
Kankurō



Gaara,

Myślę, że złośliwością są Twoje lakoniczne listy i zdawkowe odpowiedzi. To tak ciężko wysilić się, żeby list do rodzonej siostry wyglądał na prywatny, a nie jak raport? Zastanów się trochę, bo to ani przyjemne, ani ciekawe nie jest. Jeżeli przychodzi Ci to z takim trudem, to może w ogóle przestań mi odpisywać? Nie chciałabym Szanownemu dodawać obowiązków. Bo tak właśnie traktujesz odpisywanie mi, prawda? Jako obowiązek, który musisz wypełnić. Podziękuję!
Aha! I to naprawdę nie jest z Waszej strony złośliwe, nie? Jeden cudny brat proponuje mi, że dowiem się czegokolwiek o wiosce, w której żyłam przez ćwierć wieku, z archiwum, a drugi sugeruje, żebym zajęła się pieprzeniem z mężem.
Naprawdę nie możecie napisać czegokolwiek, żebym była spokojna? Żebym mogła poczuć więź z Wami, z dawnym życiem, z moim domem? Za dużo wymagam od Was! Okropna jestem, nie?

Temari



Najgorsza zmoro mojego życia!

Możesz zacząć pisać normalnie?! Chyba naprawdę potrzebujesz jakiejś pomocy od specjalisty. Spróbuj umówić spotkanie z doktorem Nakamurą. Wiem, że on pracuje głównie z traumą u shinobi, ale nie da się ukryć, że masz jakieś poważne problemy psychiczne i może z litości Ci pomoże.
Wiesz co? Dawniej sądziłam, że kiedyś spotkasz na swojej drodze głupią (musi być głupia, żeby chciała się z Tobą związać), ale rozsądną (na tyle, żeby widzieć problem i chcieć go rozwiązać) kobietę, która wybije Ci wszystkie bzdury z głowy, bo samodzielnie najwidoczniej nie masz dość samozaparcia, żeby pracować nad sobą. Ale teraz nie. Koniec. Nie życzę nikomu takiego partnera, nawet najgorszemu wrogowi.
I tak, jesteś chorym zboczeńcem. Naprawdę liczysz, że cokolwiek dobrego spotka Cię po pieprzeniu wszystkiego, co się rusza, ale na tyle wolno, że nie ucieknie przed Tobą? Nawet jeśli nie chcesz zmienić się dla siebie, to pomyśl o naszej rodzinie! To naprawdę karygodne, żeby przez sypialnie naszego rodzinnego domu przewijały się stada bezimiennych kobiet.
I wiesz co jeszcze? Pierdol się. A nie! Wycofuję. Zapomniałam, z kim koresponduję…
To było naprawdę podłe z Twojej strony, Kanki. Nie uważasz, że mógłbyś mi napisać coś, cokolwiek o Sunie? Jeżeli obawiasz się o moją lojalność, to napisz mi o tym wprost. To po pierwsze. Po drugie, ja nawet nie mam na myśli jakichś tajnych spraw, tylko tak ogólnie, czy nie ma problemów, jak się ma ta moja grupa, którą szkoliłam jeszcze przed wyjazdem, czy te stare pryki są równie upierdliwe jak zawsze? Wiesz, mógłbyś dać mi cokolwiek, bo… głupio mi to przyznać przed Tobą, bo najwidoczniej nie znam Cię wcale… cholernie tęsknie za Wami i za Suną. Tak trudno to zrozumieć?!

Zniesmaczona siostra,
Temari


— Cholera!
Dopiero po postawieniu ostatniego znaku na liście do Kankurō zauważyła, że łzy spływały jej po policzkach, a i na kartce kilka miejsc zostało przez nie ozdobione.
Nie, nie da mu takiej satysfakcji, tylko napisze od nowa. Zresztą i tak nie mogła odpowiedzieć od razu. Wyśle jastrzębia po kilku dniach, żeby nie żyli wyobrażeniem, że z niecierpliwością czekała na wieści od nich.
Co prawda nie byłoby to kłamstwem, ale skoro tak ją traktowali, nie chciała okazywać słabości. I tak odsłoniła się za bardzo, ale… chyba liczyła na jakieś ludzkie odruchy z ich strony.
Postukała palcami o wysłużony blat biurka i rozejrzała się po sypialni…
Cholerny Kankurō.
Nadal miała mętlik w głowie po tych przeklętych listach, a dodając do tego jej aktualną sytuację, żałowała wszystkiego.
O ile byłoby prościej, jeśli zamieszkaliby z Shikamaru w Sunie!
Westchnęła ciężko i po raz pierwszy tego dnia nie odwróciła wzroku od koperty z pieczęcią hokage.
Jaka była odpowiedź? Może i nieuczciwie postąpiła, ale nie chciała pomocy Shikamaru. Skoro miała być pełnoprawną mieszkanką Konohy, nie mogła liczyć, że mąż będzie ją ze wszystkiego wyręczał.
Chwyciła kopertę, ale w ostatnim momencie zrezygnowała z otwarcia. Już chciała odłożyć ją z powrotem… Cholera! Nie mogła wiecznie tchórzyć.
Wstała, obeszła łóżko i usiadła na wygodnym fotelu w rogu pokoju. Dlaczego tak zrobiła? Chyba powinna zaniechać przemyśleń o swoim zachowaniu, bo dojdzie do niepokojących wniosków.
Wzięła głęboki wdech i odpieczętowała pismo. Przejechała po nim wzrokiem.
W nawiązaniu do prośby o przyspieszenie okresu karencji… bla, bla, bla wniosek został odrzucony na podstawie
Zimny dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa. Odrzucony?
Dobrze, że siedziała. W sumie nie wiedziała, na co liczyła. W Liściu nie była nikim ważnym, traktowano ją jak przeciętnego mieszkańca, ale… naprawdę nie pamiętali, jak pomogła w odbudowywaniu relacji? Jak ważna była jej rola w dyplomacji nie tylko między Suną a Konohą, ale też między tymi dwiema wioskami a resztą?
Musiała przyswoić bolesną nauczkę. Nie potrafiłaby schować dumy do kieszeni i poprosić kogoś o wsparcie. Domyślała się, że wystarczyłoby szepnąć słówko, a być może Kakashi lub jego podwładni inaczej by to rozpatrzyli, ale… nie. Nie zrobi sobie tego.
Za rok i nieco ponad sześć miesięcy będzie miała możliwość ponownego podjęcia zawodu shinobi, a do tego czasu mogła przecież trenować. Nie ponad siły, rzecz jasna, ale nie zardzewieje.
Podarła list i poszła do kuchni, żeby wyrzucić go do kosza. Wstawiła wodę na herbatę i postanowiła, że ogarnie ten chaos w swoim życiu. Nic się przecież nie stało. To było do przewidzenia. To tylko mała porażka, która o niczym nie przeważała.
Usiadła, czekając na zagotowanie wody. Dobrze. Wystarczy stworzyć plan działania i wszystko wróci do normy. Bez oficjalnego stopnia mogła korzystać tylko z tych ogólnodostępnych placów treningowych. To drobna przeszkoda. Poważne techniki poćwiczy poza Konohą, bo przecież mogła bez problemu opuszczać wioskę. Tak… tak będzie najlepiej.
Postukała palcami o drewniany blat stołu kuchennego.
Dokładnie. Wszystko da się opanować, jeśli tylko będą chęci i plan. Chęci miała aż nadto, a plan był w trakcie dopracowywania.
Czajnik zagwizdał, więc podeszła do gazówki, żeby zalać herbatę. Teraz cuk… Nie było cukru. Zajrzała do szafek, ale i tam go nie znalazła. Dobrze. Po prostu pójdzie do sklepu…
— Nie! — wykrzyknęła, odkładając kubek na stół z taką siłą, że wrzątek rozlał się dookoła. — Do cholery!
Nic nie było dobrze. Nie było nawet znośnie.
Z impetem usiadła na krześle. Ciężko oddychała, żeby opanować łzy cisnące się do oczu.
Nic, do jasnej cholery, nie było dobrze.
Pieprzony Shikamaru. Znikał jak ojciec, jakby całkiem zapomniał, że poza tworzeniem potęgi wioski, powinien tworzyć relacje z nią. Przecież ślub nie oznaczał końca jakiejś drogi, tylko jej początek. I jak miała mu powiedzieć o dziecku?
Prychnęła. To robiło się groteskowe. Od jakiegoś czasu jej życie było pieprzonym żartem, cholernym chaosem, nad którym nie mogła zapanować.
Wiedziała, że zbyt długo zwlekała z przekazaniem nowiny, ale… jak miała o tak poważnej rzeczy porozmawiać w locie? Gdzieś między dzień dobry, kiedy budził ją pocałunkiem, gdy znikał rano, a głośnym chrapaniem, kiedy wracał z pracy?
Chciałaby móc z kimś porozmawiać… nawet z jednym z tej dwójki debili. Najprawdopodobniej ich intencje nie były jednoznacznie złośliwe, więc na pewno wsparliby ją, gdyby tylko o to poprosiła.
Może to jakiś plan? Przecież jej działania były chore i nielogiczne. Nawet jeśli dostałaby zgodę od Szóstego na przywrócenie do czynnej służby, nacieszyłaby się tym krótko. Poza tym w Konosze już zawsze będzie patrzeć na nią jak na obcy element, który nie rozumie niczego, nawet tak banalnego jak cholerna Wola Ognia…
Znajomych nie miała i tu już mogła doszukiwać się swojej winy, bo ludzie z Liścia działali jej na nerwy. Jakoś przed decyzją o ślubie myślała o wszystkim powierzchownie. Zbyt powierzchownie, a najwidoczniej różnice w kulturze były zbyt głębokie, żeby czuła się swobodnie przy konoszanach. Nie mogła zdzierżyć ich lekkomyślności, sztucznych uśmiechów, a już kunoichi…
Stop. Zagalopowała się za bardzo. Nie mogła wrzucać wszystkich do jednego worka, ale przecież nie miała powodów, żeby udawać przed sobą, że inaczej ich odbierała. Jako wiecznie zadowolonych debili, którzy bardziej cenili sztuczne i puste idee, gesty, zachowania niż prawdziwe rzeczy i szczere relacje.
Chyba naprawdę była na dnie psychicznym. Może rzeczywiście powinna to wszystko rzucić w cholerę i wrócić do Suny?
Kankurō i Gaara nie odważą się z niej naigrywać. Dziecko dorośnie wśród normalnych ludzi z krwi i kości, a nie pustych wydmuszek. Nie odmówiłaby Shikamaru prawa do częściowej opieki, ale już ona by zadbała, żeby maluszek nie został skażony zaraźliwą głupotą konoszan.
Zacisnęła dłonie w pięści.
Pięknie to brzmiało. Może nawet tak byłoby lepiej i dla niej, i dla dziecka, ale… powrót oznaczał przyznanie się do porażki. Poza tym nie zawalczyła na poważnie o przyszłość tego małżeństwa.
Czyżby… tylko szukała wymówek? Powinna zignorować wątpliwości i wziąć się w garść? Chyba tak. Ostatnio Shikamaru był tak zawalony robotą, że jej nieobecność zauważyłby po tygodniu. Poza tym to dziecinne — zabrać zabawki bez wytłumaczenia czegokolwiek.
Tak. Nowy plan.
Tak negatywny odbiór wioski i ludzi był tylko przejściowym kryzysem. Najpierw zrobi wszystko co w jej mocy, żeby później nie mogła wyrzucać sobie, że nie starała się dostatecznie. I dopiero jeśli wysiłki nie przyniosą rezultatu, pomyśli o powrocie. W razie porażki, dla swojego i dziecka dobra, schowa dumę do kieszeni i poprosi cholernych braciszków o pomoc w załatwieniu formalności.

3 komentarze:

  1. Zgłaszam protest, z okazji Walentynek powinien tutaj być mega słodki rozdział "Sachiko czy..." Zakładam, że to opóźnienie wynika z konieczności dosypania lukru :P
    Ale, abstrahując już od tego - rozdział, jakby to nazwać, "sycący". Ze względu na zadowalającą długość, ale przede wszystkim treść.
    Chyba przez to, że mieliśmy cztery prologi z Gaarą niejako automatycznie oczekiwałam, że od niego zacznie się pierwsza scena. Oczywiście już pierwsze zdania rozwiały te nadzieje :P To dobry pomysł, żeby zacząć od Kankuro. Przyznam, że jestem pozytywnie zaskoczona jego kreacją. Nie odbiega charakterem od tej jego wersji, do której nas przyzwyczaiłaś, ale jest bardziej ... jakby to powiedzieć, krwisty. Taki trochę buc z niego, i to nie tylko w stosunku do kobiet (tu nawet nie powiadziałabym, że buc, bo to byłoby zbyt pejoratywne). Ale jego rozmowa ze starszym pokazuje, że nie jest ugrzeczniony, jaki często się może wydawać, bo zasadniczo zawsze wydawał mi się uprzejmy :P Pokazuje chłop pazur.
    No i druga postać, Sayuri kierowniczka. Jestem skonfundowana, zakładam, że taki właśnie był cel nadania tego typu postaci tego imienia. I trochę nie wiem, co o tym myśleć. W każdym razie w tym rozdziale Sayuri nie wzbudziła za grosz mej sympatii, choć antypatii też nie. Trochę przypomina mi Temari, sądzę, że ktoś taki jest potrzebny w Sunie, by trzymać krótko personel :P
    Podoba mi się spostrzegawczość i szybkość decydowania Gaary, przedstawiona tuż obok jego nadmiernego liczenia się z Konohą. Wyłożona kawa na ławę, można powiedzieć, zalety i największa wada tuż obok siebie, aby przypomnieć, że Gaara to nie chodzący ideał (a o tym łatwo zapomnieć).
    Są tutaj bardzo ciekawe smaczki - intryga polityczna (!), uroczystość, co do której możemy mieć pewne podejrzenia, ale żadnych jasności - kto tam kogo będzie nacinać, jeden na jednego? Spodziewam się większej imprezy, i zastanawiam się, czy ofiara z krwi będzie tylko jedna.
    Ahh, i te listy. Uwielbiam Gaarę - literata, grafomana niemal :P
    Fajnie się czyta zestawienie listów, za których każdy pokazuje, jak rodzeństwo się od siebie różni, a jednocześnie widać między wierszami przywiązanie (no dobra, w listach Gaary nie widać, dlatego Temcia słusznie się piekli. Ale Temari i Kankuro są oboje emocjonalni pod płaszczykiem szorstkości)
    Ostatni fragment mnie przybił, Temcia tak krótko po ślubie i już do tego stopnia nieszczęśliwa? Shikamaru nie budzi tu nawet odrobiny sympatii, ciekawe czy to się zmieni.
    Ah, no i oczywiście z rozmowy z Kankuro wynika, że Gaara tutaj nie jest prawiczkiem. Jak to tak, zabawiał się po nocach zamiast czaić się na dachach nicznym nocny łowca i/lub gwałciciel? Jestem rozczarowana stopniem demoralizacji i zaniepokojna podejrzeniem, że ma za mało z psychopaty :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w sumie mogłabym wstawić rozdział Sachiko czy Sayuri?, ale no... nie wiem. Może pod koniec miesiąca albo w marcu. ^^

      Sayuri musiała się pojawić - tak po prostu. Bez niej żadne moje opko nie miałoby sensu! XD

      Gaara może być ideałem tylko w mojej głowie, bo z kanonu... no, moim zdaniem nadal najciekawsza postać, ale kilka wad widzę, o których w sumie już dyskutowałyśmy. XD

      Matko bosko, zniszczyłaś mnie tą uwagą o walkach jeden na jednego. XD Może jednak zmienię koncepcję, bo Twoja jest ciekawsza. :P

      Gaara jako... jako... gwałciciel? OO Toż to... Nieeeee! XD Jestem rozczarowana stopniem demoralizacji Ej! Czyli bardziej demoralizujące jest współżycie? XD Ale z tym psychopatą to masz rację. :( Chociaż postaram się w niewielkiej liczbie scen przypomnieć o jego trochę innym obliczu. ^^

      Usuń
  2. Ja tu przybywam tylko po to, by zrugać autorkę bloga za niewywiązywanie się z obietnic. Miał być kolejny rozdział powyższego opka, miała być kolejna część "Sachiko czy Sayuri", a nie ma nic! Nothing, nada, basta, nanimo! Chyba będę musiała uskutecznić kolejne banowanie pisania dramione, dopóki na PPG nie wleci coś nowego!

    No, ponarzekałam. Jeżeli chodzi zaś o sam rozdział, to chyba będę musiała zrezygnować z zesłanej mi przez samego Boga możliwości podglądania tego, co już wcześniej napisałaś. Psuje mi to strasznie premierowe czytanie na blogu. :c Na szczęście nie podglądałam dalej niż miałam i trochę się jednak zaskoczyłam.

    Moje zdanie o Kankuro już znasz, bo wspólnie nad tym debatowałyśmy. XD Wydaje mi się, że udało Ci się znaleźć (przynajmniej teraz! :D) sposób na jego perspektywę, w której jest złośliwym bucem, ale nie aż tak odrażającym chamem, jak się obawiałyśmy, że finalnie wyjdzie. Taka odsłona jest ciekawa, a że mam spoilery odnośnie pewnych sytuacji z jego udziałem... zacieram z ciekawością rączki i czekam na to, co ma się wydarzyć. :D

    Ach ta Namae, senne marzenie, które działa mi na nerwy, sama nie wiem czemu. XD Nic więcej nie napiszę, bo mam zdolność do ujawniania spoilerów, a nie chcę psuć nikomu rozrywki z czytania!

    Scena z Temari spodobała mi się najbardziej. Zapewne dlatego, że od samego początku podejrzewałam, że jest w ciąży, a w związku z tym jej przesadzone reakcje i niecne knowania zrzucam na burzę hormonalną. :D Jestem siedmiokrotną ciocią, więc wiem, jak ten okres wygląda i nie zdziwiłoby mnie, gdyby za jakiś czas Temari stała się łagodna jak baranek. Chociaż z jej wybuchowym temperamentem... kto wie? :p

    Pisz, Sayuri! Pisz! Wierni fani czekają, a ty nas zaniedbujesz. :c

    OdpowiedzUsuń